„Spokój jest obok natury i placu zabaw jedną z najważniejszych zalet współczesnych nieruchomości. Doceniają to szczególnie rodziny z małymi dziećmi, które najczęściej decydują się na zakup nieznacznie droższego, ale wyposażanego w profesjonalną ochronę mieszkania” – czytam na dziwnej stronie internetowej. Osiedla takie są modne w Rosji, Kolumbii, Turcji i w Polsce. W latach 90 stanowiły rzeczywiście synonim luksusu, by nagle stać się symbolem aspołecznej postawy, w której nikt nie mówi sobie „dzień dobry”, bo nie kojarzy.
Wielu moich znajomych mieszka na strzeżonych osiedlach, czego nie potrafię zrozumieć. Cena takiego mieszkania nie jest wcale niższa, niż mieszkania w bloku, a gwarancja bezpieczeństwa, ciszy i spokojnych sąsiadów jest żadna. Kiedyś będąc w takim mieszkaniu, włączyliśmy film. Po 15 minutach przyszedł do nas ochroniarz z prośbą o ściszenie muzyki, bo sąsiedzi nie mogą spać. Strzeżone osiedla są bardzo często podzielone na strefy A, B, C, D i żeby się dodzwonić do znajomego, zawsze muszę konsultować z nim wcześniej jaką kombinację cyfr i liter muszę wybrać. Dr. Andrzej Kowalski, socjolog z Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej w Lublinie w wywiadzie na natemat.com.pl mówi, że potrzeba grodzenia wynika z obecności płotu już w kulturze chłopskiej. To, co nasze musi być odgrodzone, bo inaczej ktoś mógłby wejść na teren prywatny. Chęć obrony przed wrogiem może też wynikać z tradycji rycerskiej – Polska w końcu jako przedmurze chrześcijańskie Europy, broniła jej przed najeźdźcami chcącymi ukarać nas za naszą tożsamość.
Jarosław Trybuś, autor m.in. "Przewodnika po warszawskich blokowiskach" i "Warszawy niezaistniałej, w książce Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku" mówi, że prędzej czy później strzeżone osiedla będą musiały zniknąć.. Mieszkańcy mają dosyć płotów i bram, ponieważ te utrudniają życie i stają się prawdziwymi gettami. Dodaje również, że jest to „potężny interes – wmówić ludziom, że jest niebezpiecznie i tylko płot i kilku starszych panów z wąsem może ich ochronić”.
Najbardziej kuriozalnym zjawiskiem pośród warszawskich osiedli zamkniętych jest przestrzeń pt. „Żoliborz Artystyczny”. Nazwa niewątpliwie nawiązuje do legendarnych rejonów Żoliborza: oficerskiego, dziennikarskiego i urzędniczego. Na stronie głównej inwestycji, doo zakupu mieszkań zaprasza Jacek Cygan, artysta wielkiego formatu. W opisie inwestycji znajdziemy informacje o tym, że osiedle składa się docelowo z ośmiu kolonii (?!), w samym jej centrum, przy bulwarze imienia Czesława Niemena, znajdziemy siedmiopiętrową dominantę, której wyjątkowość podkreśla przejrzysta tafla wody, a na placu publicznym znajdziemy fontannę (nie wiem, na czym polega fenomen fontann, czyli wydobywającej się ze studni wody pod ciśnieniem – może chodzi o to, że zwykle wodę widzimy poziomo – a tu, proszę, niespodzianka). Inwestor zapewnia również że „Żoliborz Artystyczny to miejsce dostępne dla wszystkich mieszkańców Warszawy, z zakładanymi na jego terenie kawiarniami i strefami odpoczynku”.
Nie chcę krytykować osób, które mieszkają na tych osiedlach, ale rozwiązania jakie proponują nam inwestorzy. Zła strategia, złe planowanie, złe rozwiązania architektoniczne – to problem Warszawy i wielu innych miast. Chodzi przede wszystkim o uświadomienie społeczeństwa i wyeliminowanie trendu grodzenia, bo to my decydujemy gdzie chcemy mieszkać. Czytajmy więc Le Corbusiera, który kiedyś stwierdził, że dom to maszyna do mieszkania, a architektura jest mądrą, skoordynowaną grą brył w świetle.
