O autorze
Rocznik 90. Slamerka, aktoreczka, zwodniczka. Redaktorka magazynu „Lampa”. Członkini Rady Programowej festiwalu Fama. Raz na poważnie, raz trolling.

O tym, dlaczego strzeżone osiedla są beznadziejne

Ułuda bezpieczeństwa, mieszkania propagandy sukcesu, kameralnej przestrzeni i ekskluzywności jaką oferują zamknięte osiedla opierają się wyłącznie na fetyszyzacji własności. Zamknięte i nagrywana przez tysiące kamer rzeczywistość smutnych osiedli na których nikt nikogo nie zna, w których nikt nie może niczego i nikogo dotknąć, daje iluzję własności, którą przez całe życie burzono nam wtedy, kiedy spędzaliśmy dzieciństwo na blokowiskach.

Dlaczego tak bardzo chcemy się odgradzać? Czy nie można czuć się bezpiecznie na osiedlu otwartym? Czy kilku podstarzałych ochroniarzy oglądających „Klan” w swoich kanciapach jest w stanie nas ochronić przed złem czyhającym zewsząd? Dlaczego uważamy ich za Kapitanów Planeta, Supermanów i Batmanów?



„Spokój jest obok natury i placu zabaw jedną z najważniejszych zalet współczesnych nieruchomości. Doceniają to szczególnie rodziny z małymi dziećmi, które najczęściej decydują się na zakup nieznacznie droższego, ale wyposażanego w profesjonalną ochronę mieszkania” – czytam na dziwnej stronie internetowej. Osiedla takie są modne w Rosji, Kolumbii, Turcji i w Polsce. W latach 90 stanowiły rzeczywiście synonim luksusu, by nagle stać się symbolem aspołecznej postawy, w której nikt nie mówi sobie „dzień dobry”, bo nie kojarzy.

Wielu moich znajomych mieszka na strzeżonych osiedlach, czego nie potrafię zrozumieć. Cena takiego mieszkania nie jest wcale niższa, niż mieszkania w bloku, a gwarancja bezpieczeństwa, ciszy i spokojnych sąsiadów jest żadna. Kiedyś będąc w takim mieszkaniu, włączyliśmy film. Po 15 minutach przyszedł do nas ochroniarz z prośbą o ściszenie muzyki, bo sąsiedzi nie mogą spać. Strzeżone osiedla są bardzo często podzielone na strefy A, B, C, D i żeby się dodzwonić do znajomego, zawsze muszę konsultować z nim wcześniej jaką kombinację cyfr i liter muszę wybrać. Dr. Andrzej Kowalski, socjolog z Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej w Lublinie w wywiadzie na natemat.com.pl mówi, że potrzeba grodzenia wynika z obecności płotu już w kulturze chłopskiej. To, co nasze musi być odgrodzone, bo inaczej ktoś mógłby wejść na teren prywatny. Chęć obrony przed wrogiem może też wynikać z tradycji rycerskiej – Polska w końcu jako przedmurze chrześcijańskie Europy, broniła jej przed najeźdźcami chcącymi ukarać nas za naszą tożsamość.



Jarosław Trybuś, autor m.in. "Przewodnika po warszawskich blokowiskach" i "Warszawy niezaistniałej, w książce Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku" mówi, że prędzej czy później strzeżone osiedla będą musiały zniknąć.. Mieszkańcy mają dosyć płotów i bram, ponieważ te utrudniają życie i stają się prawdziwymi gettami. Dodaje również, że jest to „potężny interes – wmówić ludziom, że jest niebezpiecznie i tylko płot i kilku starszych panów z wąsem może ich ochronić”.

Najbardziej kuriozalnym zjawiskiem pośród warszawskich osiedli zamkniętych jest przestrzeń pt. „Żoliborz Artystyczny”. Nazwa niewątpliwie nawiązuje do legendarnych rejonów Żoliborza: oficerskiego, dziennikarskiego i urzędniczego. Na stronie głównej inwestycji, doo zakupu mieszkań zaprasza Jacek Cygan, artysta wielkiego formatu. W opisie inwestycji znajdziemy informacje o tym, że osiedle składa się docelowo z ośmiu kolonii (?!), w samym jej centrum, przy bulwarze imienia Czesława Niemena, znajdziemy siedmiopiętrową dominantę, której wyjątkowość podkreśla przejrzysta tafla wody, a na placu publicznym znajdziemy fontannę (nie wiem, na czym polega fenomen fontann, czyli wydobywającej się ze studni wody pod ciśnieniem – może chodzi o to, że zwykle wodę widzimy poziomo – a tu, proszę, niespodzianka). Inwestor zapewnia również że „Żoliborz Artystyczny to miejsce dostępne dla wszystkich mieszkańców Warszawy, z zakładanymi na jego terenie kawiarniami i strefami odpoczynku”.

Nie chcę krytykować osób, które mieszkają na tych osiedlach, ale rozwiązania jakie proponują nam inwestorzy. Zła strategia, złe planowanie, złe rozwiązania architektoniczne – to problem Warszawy i wielu innych miast. Chodzi przede wszystkim o uświadomienie społeczeństwa i wyeliminowanie trendu grodzenia, bo to my decydujemy gdzie chcemy mieszkać. Czytajmy więc Le Corbusiera, który kiedyś stwierdził, że dom to maszyna do mieszkania, a architektura jest mądrą, skoordynowaną grą brył w świetle.
Trwa ładowanie komentarzy...